Z historią to nie ma nic wspólnego, poza tym, że relacja. Za 100 lat pewno będzie historyczne, ale parę osób mnie prosiło. Poniżej zamieszczam więc relację z pierwszego pobytu na wyścigach.
***
Co za piękny dzień!
Zmęczona i znękana pracą i problemami finansowymi postanowiłam się rozerwać. Wiadomo, że wszystko co najlepsze w życiu jest albo szkodliwe albo nielegalne, postanowiłam więc spróbować jednego z drugim, i udałam się na wyścigi, a dokładniej na warszawski Służewiec. Tak naprawdę wybierałam się tam już dobre kilkanaście lat, zachęcona lekturą książek Joanny Chmielewskiej, ale dotychczas albo brakowało mi czasu albo pieniędzy. Wprawdzie, niewiele pod tym względem się obecnie zmieniło, czasu i pieniędzy nie mam jeszcze bardziej, ale uznałam, że skoro przynajmniej mam motywację to pal licho resztę. Jak się okazało – słusznie zrobiłam!
W ogóle to miałam nie jechać bo padało. W końcu jednak, pomimo, że nieco zaspałam, stwierdziłam, że pojadę, bo jak nie pojadę dziś to nie pojadę w ogóle. Zebrałam się do autobusu, pojechałam i oczywiście jak zwykle zaczęła się polka z komunikacją. Wiedząc, że na wysokości przystanku „Wyścigi” nie ma przejścia po mojej stronie Puławskiej, pojechałam przystanek dalej, przelazłam przez pasy, wróciłam jeden przystanek tramwajem i okazało się, że wpadłam z deszczu pod rynnę. Nie tylko dosłownie. Najpierw wylazłam na kładkę, która na szczęście miała schody tylko na wejściu. Potem się okazało, że za tą kładką, trzeba jeszcze obejść całą wielką stację benzynową i jakiś biurowiec, a potem się dowiedziałam, że trzeba jeszcze oblecieć na piechotę pół toru. No dobra, ćwierć, ale i tak nie byłam przygotowana na biegi przełajowe na trasie półtora kilometra i ochwaciłam się zdrowo. Na szczęście pchała mnie motywacja no i zapewne myśl, że na tor jeszcze dolezę ale sama z siebie nie wrócę żadnym sposobem, a poza tym nie po to jechałam taki kawał, żeby teraz wracać! Zaparłam się i doszłam. Uparta jestem.
Tak z 200 m przed końcem zaczęła się kolejka. I tak byłam spóźniona prawie godzinę, więc uznałam, że nie będę tak stać do 16-tej. Uprzejmie ustąpił mi miejsca jakiś pan z rodziną przy kasie, po czym okazało się, że co najmniej połowa tego ogona stoi za bezdurno, bo bilety są tylko na balkon i dla tych co z internetu drukowali jakieś tam specjalne. Cała reszta, głównie z dziećmi stała dlatego, że zobaczyła kolejkę, a skoro jest kolejka to trzeba w niej stanąć. Głupi ten naród chyba jakiś, albo to te dzieci im zalazły za skórę, ja nie wiem…?
Weszłam tam nareszcie i od razu dopytałam o padok. Na padoku właśnie oprowadzano kilka koni. Nie znam się na koniach ale spodobały mi się 6, 1 i 7. Od razu wpadło mi w ucho wyścigowe gadanie, dziewczyna za mną wpierała w chłopaka, że przyjdzie 1,4 i 7. Stanęłam w kolejce znowu na zasadzie wproszenia się (co za mili ludzie!), bo nie zamierzałam ciągnąć tam ogonów. Z kolei za mną pani upierała się, żeby grać 4/9. No to zagrałam, 1-4, 4-9 i 4-7. a do tego tą 6. Wyszło mi za to 12 złotych i stwierdziłam, że to jednak trochę za dużo, tym bardziej, że jak się później okazało, nic z tego nie przyszło. To znaczy nie, przyszło 8-1. Tej ósemki na tym padoku w ogóle nie zauważyłam.
Ale jeszcze przed gonitwą polazłam pozwiedzać. Znalazłam kasy, znalazłam tor i budkę z bombą co idzie w dół. Trafiłam też od razu na bufet i jak się okazało bardzo słusznie, bo bufet tam mają bardzo dobry i naprawdę ze wszystkim. Ktoś nawet zauważył, że wuzetki tam stoją jak w czterdziestolatku. Można nawet zjeść obiad.
Tymczasem na zewnątrz się rozpadało. Mimo to ludzie powyłazili na murki. Jakaś baba zaczęła kwękać, że dzieci na hazard tu się przyprowadza: „jaki hazard! nie na hazard tylko na świeże powietrze!” odfuknął mąż i baba się zamknęła. Ławki, jako że mokre, świeciły pustkami, grający się pchali na płot i mury, jak wojsko Krzyżackie na Dynaburg. Bomba poszła, wyjęłam lornetkę, ktoś mi wszystko tyłkiem zasłonił, po czym okazało się, że te całe konie guzik widać, to znaczy lezie tam coś na horyzoncie, robaki takie, zakręca z lewej, potem ludzie to zasłaniają a na koniec mija metę w jakimś takim miejscu, że w ogóle nie widać. Równie dobrze mogliby tam nic nie puszczać i byłoby to samo.
Nie zniechęciłam się jednak, przeciwnie, ucieszyło mnie, że nie muszę na deszczu siedzieć. Wróciłam do środka i znalazłam ekran a na nim wyniki. Nic nie wygrałam, ale pewien pan koło mnie okazało sie też, więc się pośmialiśmy. Zniknął zaraz przy kasach ale znalazłam go przy padoku gdzie typował ze znajomym. Zaraz się zaprzyjaźniliśmy i zaczęliśmy kombinować we trójkę.
Po padoku chodziło coś dziwnego, czyli jakaś trójka, wielka jak perszeron, i do tego siwa w plamki, kulejąca nieco na tylną nogę. Rwała się do biegu, ale to kulenie mi się nie podobało, upatrzyłam sobie za to siódemkę i dwójkę bo obie się rwały do galopu, a wywnioskowałam z poprzedniego biegu, że tu motywacja najważniejsza. Reszta to były w mojej opinii jakieś myszy niegodne uwagi. Znajomi panowie po bardzo długiej dedukcji wykombinowali 3-5, ta piątka mi pasowała na wyścigowego konia jak dziura w moście. Poszłam zagrałam dwie trójki i porządek 3-7. Kiedy ta trójka z siódemką ugruntowały się we mnie na mur, poszłam pod ekran i nagle absolutnie i nieodwołalnie uznałam, że na milion procent przyjdzie 3-7-5-2. Nie wiem skąd. W ostatniej chwili postanowiłam zaryzykować, na zasadzie raz kozie śmierć i poszłam to zagrać. Miałam niefart – ogon się pchał do kasy i kiedy poprosiłam o moją czwórkę, pani odparła „co pani, przecież konie już lecą”. Faktycznie leciały. Polazłam znowu pod telebim.
I cholerna trójka wyszła! Mało tego, większa od reszty o półtorej wagi konia, wyprzedziła całą stawkę o zgoła cztery długości. Za nią przyszło to cholerne, nie wytypowane przeze mnie 7-5-2. Płacili po 138 zł. Przez durny ogonek minęło mnie o włos.
Nie zmartwiłam się jednak, bo wygrałam porządek. Raptem niecałe 8 zł, ale zawsze to coś! Wzruszyłam się niemal i poszłam szukać znajomego pana od trójki z piątką ale zgubił mi się na amen.
Na padoku chodziły śliczności, siódemka kasztanowata z taką pachwiną, że oko bielało. Do tego bardzo ładnie zbudowana szóstka, i rozemocjonowana dwójka. Tak naprawdę byle jaki był tylko jeden i stałam nad tą klęską urodzaju nie wiedząc co robić. Zagrałam w końcu dwie trójki i porządek, zmarzłam i poszłam do bufetu.
W bufecie dostałam herbatę i wlazłam w ciepły kąt obok. W ciepłym kącie jak się okazało siedzieli doświadczeni gracze, trenerzy, byli dżokeje i miłośnicy koni. W kącie siedziała jakaś kobieta bardzo podobna do Chmielewskiej, ale postanowiłam się nie narzucać – nie po to siadła w kącie, żeby jej ludzie po głowie chodzili! Poza tym to nie musi być ona, w sklepie z nią zakupów nie robię, no a wreszcie mam wstręt do zaczepiania sławnych osób, bo mi ich szkoda i tak mają tych miłośników na głowie całe kopy, jeszcze ja im się będę pchać? Wiec się nie pcham, co najwyżej w wyjątkowych sytuacjach, jak np. podpisy rozdają. Każdy ma prawo do spokojnego życia, przez własny egoizm nie będę się ludziom pchać na głowę z butami.
Panowie okazali się również sympatyczni, rozmowni i przyjacielscy, i właściwie większość mojego dalszego pobytu spędziłam w ich towarzystwie. Ciekawie było słuchać jak dyskutują, do tego chętnie dzielili się propozycjami co przyjdzie, więc mogłam skonfrontować to z moimi spostrzeżeniami. Przy okazji posłuchałam trochę plotek i dowiedziałam się kto jest kto ze starych bywalców.
Można wiec rzec, że ze „starą gwardią” przełamałam pierwsze lody.
Konie poszły swoim trybem i przyszło to co myślałam.
Miałam porządek! Minęła mi się tylko ta szóstka bo przyszła zamiast niej piątka. Były podobnej postury, miało to sens… Poszłam odpracować swoje na padoku czując, jak mi trochę te wyścigi w nogi włażą. Na padoku sfrustrowałam się okropnie bo nic mi się nie podobało absolutnie, nie żadne konie tam chodziły tylko wypłowiałe myszy. Z wysiłkiem wyłowiłam jedynkę i siódemkę. Na pytanie co gram odparłam, że 1-7 bez przekonania i jak się okazało słusznie, bo przyszło zupełnie co innego, czyli 4-6-7 z czego zgadłam tylko, że można się pokusić było o tę 7-kę.
Tak sobie siedziałam, gawędziłam, coś tam grałam co mi pasowało, pewnie bez sensu, i odbębniałam padok. Na padoku zimno było jak piorun a przede mną jeszcze kilka gonitw. Zaczęłam się zastanawiać czy kupić sobie jeszcze jedną herbatę, bo mi szkoda było na los. Jeden z panów słusznie wspomniał, że sam tak kiedyś oszczędzał z obiadem, nic nie wygrał i jeszcze głodny do domu wrócił. Uznałam, że mądrze gada, ale postawiłam sobie warunek, że kupię jak coś wygram. W ogóle jak nie wygram to nie ma co grać, bo jeszcze muszę mieć na powrót.
A jak trzeba będzie wziąć taksówkę? Po porażce z czwórką, czy może raczej po wysokości wygranych plasującej się około 5-10 zł za porządek uznałam, że nie mam szans na wielkie majątek, co najwyżej zwrotka za bilety. Postanowiłam, że kupię herbatę jak coś wygram.
Znów polazłam na padok i wydłubałam z niego dwa konie, nie pamiętam już jakie bo były do siebie podobne. Tak naprawdę wybrałam te dwa, które tam nie spały, reszta wyglądała, jakby zamierzała tam zostać do końca życia. Wróciłam na plotki i zdziwiłam się bardzo bo wygrałam porządek. Zapłacili mi za to: 5,50. Słownie: pięć złotych pięćdziesiąt groszy. Jak to zobaczyłam ryknęłam śmiechem, a panowie mi jeszcze gratulowali. Kupiłam sobie tej herbaty.
W jednej z ostatnich gonitw polazłam na padok, a tam znalazł mnie mój znajomy z pierwszej gonitwy i od razu spytał czy wygrałam.
Pochwaliłam się, że tak, przyszło mi te trzy siedem i miły pan ucieszył się prawie tak samo jak ja! I kto by pomyślał, że takich porządnych ludzi można na wyścigach spotkać! Patrzyliśmy teraz na te konie, i tak naprawdę poza siódemką i bardzo zmotywowaną jedynką nic mi nie przychodziło do głowy. Potypowaliśmy sobie trochę, że to i to ładne, pogadaliśmy też o zwierzątkach. W mojego pudla co przeganiał charty pan nie uwierzył, a niesłusznie bo sama prawda.
Poplotkowaliśmy trochę i poszłam do kasy.
Siedem przyszło ale nic poza tym. Okazało się, że te ładne siedem to w ogóle dobry koń i faworyt. Zdaje się, że tego dnia w ogóle same faworyty chodziły, i z jakiegoś powodu padało na te siódemki. Reszta zaś wywinęła mi numer i nie przyszła, a jedynka w ogóle była ostatnia. Pojęcia nie mam czemu, bo wcale na to nie wyglądała. Może faktycznie robią kanty?
W ogóle co do kantów to następna gonitwa była po prostu koncertowa. A mianowicie, siedząc pod ekranem nagle zdziwiłam się czemu jeden koń robi w tył zwrot i wraca do stajni. Okazało się, że miał coś z kopytkiem i pojechał do kowala… Jakaś szóstka to była w ogóle prawie nie grana, i nikt się nią nie przejmował. Po czym ta szóstka na ostatniej prostej wyprzedziła stawkę i wygrała o długość. Emocje przy tym były, ktoś krzyczał: „dawaj k…!”, co mnie rozbawiło, bo konia o takim imieniu w tej gonitwie nie było.
Znajomy obok prawie popłakał się ze śmiechu: do kowala pojechała i przyszła! Czyli chyba jednak kanty tam jakieś robią. Kowal pewnie coś tam koniowi do cukru dolał, albo może co innego w zadek wstrzyknął, bo fuks to był absolutny i w ogóle jak się dowiedziałam, ta szóstka nie miała prawa być nawet w czołówce. Z patrzenia na padok wyszło mi podobnie, nie ma mowy, żeby szóstka no, ale ja się nie znam. Oczywiście jej nie grałam.
Dalej już zaczęły się robić luzy, grałam po razie cokolwiek, jakąś jedynkę luzem, do niczego mi te konie nie pasowały. Mogłam nie grać wcale, ale na zasadzie totolotka i Panu Bogu dać szansę dwa złote uznałam, że można, a nuż się zwróci.
Poza tym szkoda mi było jeszcze do domu jechać, choć ludzie się już zbierali. Bardzo mi się ta zabawa spodobała, a personel przeuroczy na tych wyścigach, aż miło zagadać.
Na koniec znowu leciały kłusaki, przy okazji poznałam z widzenia dżokeja, co wygrał szóstą gonitwę. Śmiał się, jak jego znajomy mi go przestawiał, i pytał czy to taki nowy podryw „na dżokeja”.
Ale zerknęłam sobie nazwisko, i wiem, kto to. Nie chciałam przeszkadzać w rozmowie, więc się tylko sobie ukłoniliśmy. Bardzo mi miło.
Kłusaki za to wycięły numer i zamiast granego przez tor 6-5 przyszło 3-6. A przyszło tak, że to 6 leciało sobie z przodu i nagle przed samym finiszem wyleciało z tyłu stawki i to tak,jakby ta reszta w ogóle stała w miejscu. No i wyszła na finisz! Pic i fotomontaż.
No, ale to już był koniec imprezy. Pożegnałam się grzecznie ze wszystkimi, których znalazłam, bo tam ciągle wszyscy wszędzie zwiedzają okolicę na tych wyścigach. Odebrałam wygraną, bo coś tam jeszcze po drodze wygrałam w siódmej gonitwie, a wiem, te pięć złotych na herbatę. No i trzeba było wracać do domu, ciemnawo się robiło a ziąb taki, że ciepło to było chyba tylko tym koniom co leciały po torze.
Oczywiście parking okazał się prawie pusty. Stały dwie taksówki ale nie byłam pewna czy mi starczy na dojazd do Puławskiej. Ochrona, bardzo uprzejma niestety nie wiedziała nic o innych przystankach. Pan w taksie poradził mi przystanek 300 przy samym wejściu, niestety ostatni bus odjechał godzinę temu. Zresztą nie tylko ja miałam taki problem, przede mną dwóch panów dyskutowało czym jechać. Jeden liczył wygrane pieniądze, a drugi namawiał go na taksówkę. Pierwszy szybko schował wygraną i oświadczył, że na taksówkę to go nie stać, bo nie po to wygrał, żeby na taksówkę wydawać, idziemy piechotą. Ha, oni sobie mogli, ja byłam już nieźle ochwacona nie uśmiechało mi się lecieć piechty tą samą trasą, i to na ten ziąb i po ciemaku… Może stopa? Zorientowałam się, że wszyscy tutaj stali gracze są sobie wzajemnie życzliwi, a wyścigowy savoir-vivre zabrania jedynie łypania w cudzy program z zakreślonymi typami. Jak trafne to wiadomo, moje, a jak nietrafne potem to pewnie jeszcze gorzej, bo na idiotę wychodzę. Mnie tam ryba, ale ludzie się sobie łypali. Z tą myślą zaczęłam rozglądać się po parkingu i wypatrzyłam przepięknego, wychuchanego dużego fiata. Ale cudo! Zapukałam, okazało się, że chłopcy czekają na osiem osób, ale podrzucą mnie pod Puławską, nie ma sprawy.
No i sami powiedzcie, czy te wyścigi nie są cudowne?
A to nie był koniec przygód bo na przystanku zgadałam się jeszcze chłopakiem i dziewczyną co z wyścigów wracali. Pytają mnie najpierw uprzejmie czy palę, ja mówię, że dziękuję, a oni, że nie, oni chcieli zapytać czy ja mam papierosa…
Okazało się, że wygrali te 3-6 w ostatniej gonitwie. Zdziwiłam się, skąd wiedzieli co grać, jak nie widzieli nawet koni? A oni mówią, że jakiś starszy facet za nimi im powiedział, że to 3-6 przyjdzie. No i jak tu w te kanty nie wierzyć?!
Na koniec oczywiście zmarzłam jak pies, ale w domu był obiad więc nic mi nie będzie. Przegrałam na wyścigach lekcję łaciny, ale że to moje własne zarobione to i nie szkoda, bo to z nadprogramowego budżetu, przeznaczonego na łacinę i wypoczynek. Bilans jest wygranych jakieś 13 złotych, a może 20 bo się jednej wygranej w biletach nie mogę doliczyć, chyba mi zabrali w kasie. Przegranych 29, minus 2 herbaty po 3 zł, program po 4 i bilet po 5. Program był mi potrzebny jak dziura w moście, następnym razem biorę z domu. I tak nie umiem tego używać.
A te konie piękne. Następnym razem wezmę cukier i pójdę do stajni. Może mi pozwolą pogłaskać?