04 maj 2012 Lalki
 |  Kategorie: Życie codzienne  | Tagi: ,  | Skomentuj

Dziś miało być o koniach i Bitwie Narodów, ale spotkała mnie ostatnio ogromna przyjemność, a mianowicie Gothic Cafe wykorzystało jedną z WieWiórek na etykietach lalek.  :) I to nie byle jakich bo krzyżackich, szytych przez Euchenię. Pomysł jest po prostu kapitalny!

A jak wyglądały lalki w średniowieczu? Okazuje się, że nasz wynalazek lalki Barbie, wcale nie jest nowy.  W XV wieku – i wcześniej i później – dziewczynki bawiły się podobnymi lalkami. Wykonywano je z drewna. Do korpusu dołączane były ruchome ręce i nogi. Twarz malowano.

Oczywiście jak wszystkie lalki, te miały swoje ubranka, ba, nieraz prawdziwe kreacje jak np. lalka angielska Arabelli Stuart. Taka lalka namalowana została też przez Lucasa Cranacha.

Z końca XVI wieku zachowała się jedna z takich lalek w muzeum w Sztokholmie.

Oprócz lalek „interaktywnych” istniały też lalki-figurki, jak te gliniane z końca XIV wieku, bodajże z Niemiec.

te są z Worms, Niemcy XV w.

Te lalki pełnią też funkcję gwizdków

Lub – ładniejsza – drewniana z Turyngii – ale też z XVI wieku.

Czy istniały lalki szmacianki-przytulanki? Myślę, że ich rolę spełniać mogły lalki drewniane w wielowarstwowych ubrankach. Jeśli w jakimś muzeum natrafię na coś bardziej „pluszowego” w naszym rozumieniu – zamieszczę wiewiórkę.

15 kwi 2012 Służewiec
 |  Kategorie: Blog  | Skomentuj

Z historią to nie ma nic wspólnego, poza tym, że relacja. Za 100 lat pewno będzie historyczne, ale parę osób mnie prosiło. Poniżej zamieszczam więc relację z pierwszego pobytu na wyścigach.

***

Co za piękny dzień!

Zmęczona i znękana pracą i problemami finansowymi postanowiłam się rozerwać. Wiadomo, że wszystko co najlepsze w życiu jest albo szkodliwe albo nielegalne, postanowiłam więc spróbować jednego z drugim, i udałam się na wyścigi, a dokładniej na warszawski Służewiec. Tak naprawdę wybierałam się tam już dobre kilkanaście lat, zachęcona lekturą książek Joanny Chmielewskiej, ale dotychczas albo brakowało mi czasu albo pieniędzy. Wprawdzie, niewiele pod tym względem się obecnie zmieniło, czasu i pieniędzy nie mam jeszcze bardziej, ale uznałam, że skoro przynajmniej mam motywację to pal licho resztę. Jak się okazało – słusznie zrobiłam!

W ogóle to miałam nie jechać bo padało. W końcu jednak, pomimo, że nieco zaspałam, stwierdziłam, że pojadę, bo jak nie pojadę dziś to nie pojadę w ogóle. Zebrałam się do autobusu, pojechałam i oczywiście jak zwykle zaczęła się polka z komunikacją. Wiedząc, że na wysokości przystanku „Wyścigi” nie ma przejścia po mojej stronie Puławskiej, pojechałam przystanek dalej, przelazłam przez pasy, wróciłam jeden przystanek tramwajem i okazało się, że wpadłam z deszczu pod rynnę. Nie tylko dosłownie. Najpierw wylazłam na kładkę, która na szczęście miała schody tylko na wejściu. Potem się okazało, że za tą kładką, trzeba jeszcze obejść całą wielką stację benzynową i jakiś biurowiec, a potem się dowiedziałam, że trzeba jeszcze oblecieć na piechotę pół toru. No dobra, ćwierć, ale i tak nie byłam przygotowana na biegi przełajowe na trasie półtora kilometra i ochwaciłam się zdrowo. Na szczęście pchała mnie motywacja no i zapewne myśl, że na tor jeszcze dolezę ale sama z siebie nie wrócę żadnym sposobem, a poza tym nie po to jechałam taki kawał, żeby teraz wracać! Zaparłam się i doszłam. Uparta jestem.

Tak z 200 m przed końcem zaczęła się kolejka. I tak byłam spóźniona prawie godzinę, więc uznałam, że nie będę tak stać do 16-tej. Uprzejmie ustąpił mi miejsca jakiś pan z rodziną przy kasie, po czym okazało się, że co najmniej połowa tego ogona stoi za bezdurno, bo bilety są tylko na balkon i dla tych co z internetu drukowali jakieś tam specjalne. Cała reszta, głównie z dziećmi stała dlatego, że zobaczyła kolejkę, a skoro jest kolejka to trzeba w niej stanąć. Głupi ten naród chyba jakiś, albo to te dzieci im zalazły za skórę, ja nie wiem…?

Weszłam tam nareszcie i od razu dopytałam o padok. Na padoku właśnie oprowadzano kilka koni. Nie znam się na koniach ale spodobały mi się 6, 1 i 7. Od razu wpadło mi w ucho wyścigowe gadanie, dziewczyna za mną wpierała w chłopaka, że przyjdzie 1,4 i 7. Stanęłam w kolejce znowu na zasadzie wproszenia się (co za mili ludzie!), bo nie zamierzałam ciągnąć tam ogonów. Z kolei za mną pani upierała się, żeby grać 4/9. No to zagrałam, 1-4, 4-9 i 4-7.  a do tego tą 6. Wyszło mi za to 12 złotych i stwierdziłam, że to jednak trochę za dużo, tym bardziej, że jak się później okazało, nic z tego nie przyszło. To znaczy nie, przyszło 8-1. Tej ósemki na tym padoku w ogóle nie zauważyłam.

Ale jeszcze przed gonitwą polazłam pozwiedzać. Znalazłam kasy, znalazłam tor i budkę z bombą co idzie w dół. Trafiłam też od razu na bufet i jak się okazało bardzo słusznie, bo bufet tam mają bardzo dobry i naprawdę ze wszystkim. Ktoś nawet zauważył, że wuzetki tam stoją jak w czterdziestolatku. Można nawet zjeść obiad.

Tymczasem na zewnątrz się rozpadało. Mimo to ludzie powyłazili na murki. Jakaś baba zaczęła kwękać, że dzieci na hazard tu się przyprowadza: „jaki hazard! nie na hazard tylko na świeże powietrze!” odfuknął mąż i baba się zamknęła. Ławki, jako że mokre, świeciły pustkami, grający się pchali na płot i mury, jak wojsko Krzyżackie na Dynaburg.  Bomba poszła, wyjęłam lornetkę, ktoś mi wszystko tyłkiem zasłonił, po czym okazało się, że te całe konie guzik widać, to znaczy lezie tam coś na horyzoncie, robaki takie, zakręca z lewej, potem ludzie to zasłaniają a na koniec mija metę w jakimś takim miejscu, że w ogóle nie widać. Równie dobrze mogliby tam nic nie puszczać i byłoby to samo.

Nie zniechęciłam się jednak, przeciwnie, ucieszyło mnie, że nie muszę na deszczu siedzieć. Wróciłam do środka i znalazłam ekran a na nim wyniki. Nic nie wygrałam, ale pewien pan koło mnie okazało sie też, więc się pośmialiśmy. Zniknął zaraz przy kasach ale znalazłam go przy padoku gdzie typował ze znajomym. Zaraz się zaprzyjaźniliśmy i zaczęliśmy kombinować we trójkę.

Po padoku chodziło coś dziwnego, czyli jakaś trójka, wielka jak perszeron, i do tego siwa w plamki, kulejąca nieco na tylną nogę. Rwała się do biegu, ale to kulenie mi się nie podobało, upatrzyłam sobie za to siódemkę i dwójkę bo obie się rwały do galopu, a wywnioskowałam z poprzedniego biegu, że tu motywacja najważniejsza. Reszta to były w mojej opinii jakieś myszy niegodne uwagi. Znajomi panowie po bardzo długiej dedukcji wykombinowali 3-5, ta piątka mi pasowała na wyścigowego konia jak dziura w moście. Poszłam zagrałam dwie trójki i porządek 3-7. Kiedy ta trójka z siódemką ugruntowały się we mnie na mur, poszłam pod ekran i nagle absolutnie i nieodwołalnie uznałam, że na milion procent przyjdzie 3-7-5-2. Nie wiem skąd. W ostatniej chwili postanowiłam zaryzykować, na zasadzie raz kozie śmierć i poszłam to zagrać. Miałam niefart – ogon się pchał do kasy i kiedy poprosiłam o moją czwórkę, pani odparła „co pani, przecież konie już lecą”. Faktycznie leciały. Polazłam znowu pod telebim.

I cholerna trójka wyszła! Mało tego, większa od reszty o półtorej wagi konia, wyprzedziła całą stawkę o zgoła cztery długości. Za nią przyszło to cholerne, nie wytypowane przeze mnie 7-5-2. Płacili po 138 zł. Przez durny ogonek minęło mnie o włos. :)

Nie zmartwiłam się jednak, bo wygrałam porządek. Raptem niecałe 8 zł, ale zawsze to coś! Wzruszyłam się niemal i poszłam szukać znajomego pana od trójki z piątką ale zgubił mi się na amen.

Na padoku chodziły śliczności, siódemka kasztanowata z taką pachwiną, że oko bielało. Do tego bardzo ładnie zbudowana szóstka, i rozemocjonowana dwójka. Tak naprawdę byle jaki był tylko jeden i stałam nad tą klęską urodzaju nie wiedząc co robić. Zagrałam w końcu dwie trójki i porządek, zmarzłam i poszłam do bufetu.

W bufecie dostałam herbatę i wlazłam w ciepły kąt obok. W ciepłym kącie jak się okazało siedzieli doświadczeni gracze, trenerzy, byli dżokeje i miłośnicy koni. W kącie siedziała jakaś kobieta bardzo podobna do Chmielewskiej, ale postanowiłam się nie narzucać – nie po to siadła w kącie, żeby jej ludzie po głowie chodzili! Poza tym to nie musi być ona, w sklepie z nią zakupów nie robię, no a wreszcie mam wstręt do zaczepiania sławnych osób, bo mi ich szkoda i tak mają tych miłośników na głowie całe kopy, jeszcze ja im się będę pchać? Wiec się nie pcham, co najwyżej w wyjątkowych sytuacjach, jak np. podpisy rozdają. Każdy ma prawo do spokojnego życia, przez własny egoizm nie będę się ludziom pchać na głowę z butami.

Panowie okazali się również sympatyczni, rozmowni i przyjacielscy, i właściwie większość mojego dalszego pobytu spędziłam w ich towarzystwie. Ciekawie było słuchać jak dyskutują, do tego chętnie dzielili się propozycjami co przyjdzie, więc mogłam skonfrontować to z moimi spostrzeżeniami. Przy okazji posłuchałam trochę plotek i dowiedziałam się kto jest kto ze starych bywalców. :) Można wiec rzec, że ze „starą gwardią” przełamałam pierwsze lody.

Konie poszły swoim trybem i przyszło to co myślałam. :) Miałam porządek! Minęła mi się tylko ta szóstka bo przyszła zamiast niej piątka. Były podobnej postury, miało to sens… Poszłam odpracować swoje na padoku czując, jak mi trochę te wyścigi w nogi włażą. Na padoku sfrustrowałam się okropnie bo nic mi się nie podobało absolutnie, nie żadne konie tam chodziły tylko wypłowiałe myszy. Z wysiłkiem wyłowiłam jedynkę i siódemkę. Na pytanie co gram odparłam, że 1-7 bez przekonania i jak się okazało słusznie, bo przyszło zupełnie co innego, czyli 4-6-7 z czego zgadłam tylko, że można się pokusić było o tę 7-kę.

Tak sobie siedziałam, gawędziłam, coś tam grałam co mi pasowało, pewnie bez sensu, i odbębniałam padok. Na padoku zimno było jak piorun a przede mną jeszcze kilka gonitw. Zaczęłam się zastanawiać czy kupić sobie jeszcze jedną herbatę, bo mi szkoda było na los. Jeden z panów słusznie wspomniał, że sam tak kiedyś oszczędzał z obiadem, nic nie wygrał i jeszcze głodny do domu wrócił. Uznałam, że mądrze gada, ale postawiłam sobie warunek, że kupię jak coś wygram. W ogóle jak nie wygram to nie ma co grać, bo jeszcze muszę mieć na powrót. :) A jak trzeba będzie wziąć taksówkę? Po porażce z czwórką, czy może raczej po wysokości wygranych plasującej się około 5-10 zł za porządek uznałam, że nie mam szans na wielkie majątek, co najwyżej zwrotka za bilety. Postanowiłam, że kupię herbatę jak coś wygram.

Znów polazłam na padok i wydłubałam z niego dwa konie, nie pamiętam już jakie bo były do siebie podobne. Tak naprawdę wybrałam te dwa, które tam nie spały, reszta wyglądała, jakby zamierzała tam zostać do końca życia. Wróciłam na plotki i zdziwiłam się bardzo bo wygrałam porządek. Zapłacili mi za to: 5,50. Słownie: pięć złotych pięćdziesiąt groszy. Jak to zobaczyłam ryknęłam śmiechem, a panowie mi jeszcze gratulowali. Kupiłam sobie tej herbaty.

W jednej z ostatnich gonitw polazłam na padok, a tam znalazł mnie mój znajomy z pierwszej gonitwy i od razu spytał czy wygrałam. :) Pochwaliłam się, że tak, przyszło mi te trzy siedem i miły pan ucieszył się prawie tak samo jak ja!  I kto by pomyślał, że takich porządnych ludzi można na wyścigach spotkać! Patrzyliśmy teraz na te konie, i tak naprawdę poza siódemką i bardzo zmotywowaną jedynką nic mi nie przychodziło do głowy. Potypowaliśmy sobie trochę, że to i to ładne, pogadaliśmy też o zwierzątkach. W mojego pudla co przeganiał charty pan nie uwierzył, a niesłusznie bo sama prawda. :) Poplotkowaliśmy trochę i poszłam do kasy.

Siedem przyszło ale nic poza tym. Okazało się, że te ładne siedem to w ogóle dobry koń i faworyt. Zdaje się, że tego dnia w ogóle same faworyty chodziły, i z jakiegoś powodu padało na te siódemki. Reszta zaś wywinęła mi numer i nie przyszła, a jedynka w ogóle była ostatnia. Pojęcia nie mam czemu, bo wcale na to nie wyglądała. Może faktycznie robią kanty?

W ogóle co do kantów to następna gonitwa była po prostu koncertowa. A mianowicie, siedząc pod ekranem nagle zdziwiłam się czemu jeden koń robi w tył zwrot i wraca do stajni. Okazało się, że miał coś z kopytkiem i pojechał do kowala… Jakaś szóstka to była w ogóle prawie nie grana, i nikt się nią nie przejmował. Po czym ta szóstka na ostatniej prostej wyprzedziła stawkę i wygrała o długość. Emocje przy tym były, ktoś krzyczał: „dawaj k…!”, co mnie rozbawiło, bo konia o takim imieniu w tej gonitwie nie było. :) Znajomy obok prawie popłakał się ze śmiechu: do kowala pojechała i przyszła! Czyli chyba jednak kanty tam jakieś robią. Kowal pewnie coś tam koniowi do cukru dolał, albo może co innego w zadek wstrzyknął, bo fuks to był absolutny i w ogóle jak się dowiedziałam, ta szóstka nie miała prawa być nawet w czołówce. Z patrzenia na padok wyszło mi podobnie, nie ma mowy, żeby szóstka no, ale ja się nie znam. Oczywiście jej nie grałam. :)

Dalej już zaczęły się robić luzy, grałam po razie cokolwiek, jakąś jedynkę luzem, do niczego mi te konie nie pasowały. Mogłam nie grać wcale, ale na zasadzie totolotka  i Panu Bogu dać szansę dwa złote uznałam, że można, a nuż się zwróci. :) Poza tym szkoda mi było jeszcze do domu jechać, choć ludzie się już zbierali. Bardzo mi się ta zabawa spodobała, a personel przeuroczy na tych wyścigach, aż miło zagadać.

Na koniec znowu leciały kłusaki, przy okazji poznałam z widzenia dżokeja, co wygrał szóstą gonitwę. Śmiał się, jak jego znajomy mi go przestawiał, i pytał czy to taki nowy podryw „na dżokeja”. :)   Ale zerknęłam sobie nazwisko, i wiem, kto to.  Nie chciałam przeszkadzać w rozmowie, więc się tylko sobie ukłoniliśmy. Bardzo mi miło.

Kłusaki za to wycięły numer i zamiast granego przez tor 6-5 przyszło 3-6. A przyszło tak, że to 6 leciało sobie z przodu i nagle przed samym finiszem wyleciało z tyłu stawki i to tak,jakby ta reszta w ogóle stała w miejscu. No i wyszła na finisz! Pic i fotomontaż.

No, ale to już był koniec imprezy. Pożegnałam się grzecznie ze wszystkimi, których znalazłam, bo tam ciągle wszyscy wszędzie zwiedzają okolicę na tych wyścigach. Odebrałam wygraną, bo coś tam jeszcze po drodze wygrałam w siódmej gonitwie, a wiem, te pięć złotych na herbatę. No i trzeba było wracać do domu, ciemnawo się robiło a ziąb taki, że ciepło to było chyba tylko tym koniom co leciały po torze.

Oczywiście parking okazał się prawie pusty. Stały dwie taksówki ale nie byłam pewna czy mi starczy na dojazd do Puławskiej. Ochrona, bardzo uprzejma niestety nie wiedziała nic o innych przystankach. Pan w taksie poradził mi przystanek 300 przy samym wejściu, niestety ostatni bus odjechał godzinę temu.  Zresztą nie tylko ja miałam taki problem, przede mną dwóch panów dyskutowało czym jechać. Jeden liczył wygrane pieniądze, a drugi namawiał go na taksówkę. Pierwszy szybko schował wygraną i oświadczył, że na taksówkę to go nie stać, bo nie po to wygrał, żeby na taksówkę wydawać, idziemy piechotą. Ha, oni sobie mogli, ja byłam już nieźle ochwacona nie uśmiechało mi się lecieć piechty tą samą trasą, i to na ten ziąb i po ciemaku… Może stopa? Zorientowałam się, że wszyscy tutaj stali gracze są sobie wzajemnie życzliwi, a wyścigowy savoir-vivre zabrania jedynie łypania w cudzy program z zakreślonymi typami. Jak trafne to wiadomo, moje, a jak nietrafne potem to pewnie jeszcze gorzej, bo na idiotę wychodzę. Mnie tam ryba, ale ludzie się sobie łypali. Z tą myślą zaczęłam rozglądać się po parkingu i wypatrzyłam przepięknego, wychuchanego dużego fiata. Ale cudo! Zapukałam, okazało się, że chłopcy czekają na osiem osób, ale podrzucą mnie pod Puławską, nie ma sprawy.

No i sami powiedzcie, czy te wyścigi nie są cudowne?

A to nie był koniec przygód bo na przystanku zgadałam się jeszcze chłopakiem i dziewczyną co z wyścigów wracali. Pytają mnie najpierw uprzejmie czy palę, ja mówię, że dziękuję, a oni, że nie, oni chcieli zapytać czy ja mam papierosa… :) Okazało się, że wygrali te 3-6 w ostatniej gonitwie. Zdziwiłam się, skąd wiedzieli co grać, jak nie widzieli nawet koni? A oni mówią, że jakiś starszy facet za nimi im powiedział, że to 3-6 przyjdzie. No i jak tu w te kanty nie wierzyć?!

Na koniec oczywiście zmarzłam jak pies, ale w domu był obiad więc nic mi nie będzie. Przegrałam na wyścigach lekcję łaciny, ale że to moje własne zarobione to i nie szkoda, bo to z nadprogramowego budżetu, przeznaczonego na łacinę i wypoczynek. Bilans jest wygranych jakieś 13 złotych, a może 20 bo się jednej wygranej w biletach nie mogę doliczyć, chyba mi zabrali w kasie. Przegranych 29, minus 2 herbaty po 3 zł, program po 4 i bilet po 5. Program był mi potrzebny jak dziura w moście, następnym razem biorę z domu. I tak nie umiem tego używać.

A te konie piękne. Następnym razem wezmę cukier i pójdę do stajni. Może mi pozwolą pogłaskać? :)

05 kwi 2012 Full Metal Jousting

Turnieje konne, to średniowieczny sport, istniejący co najmniej od XI do końca XVI wieku. Bardzo widowiskowy i wymagający szczególnych sportowych i wojennych zarazem umiejętności, stanowił podstawowy element życia rycerskiego, przyciągał też tłumy widowni. Był specjalnie stworzony po to by być sportem „z efektami”. Rycerze występowali w strojach ozdobionych herbami. Ozdoby hełmów i herby przypinane do kropierzy robiono z malowanego papieru, tak jak dziś przypinane sportowcom oznaczenia (numery, napisy itd.)

Ich podstawowym zadaniem było jednak to by były efektowne! Stosowano specjalne paradne zbroje i tarcze. Konie nierzadko szczotkowano we wzory lub farbowano im sierść. Kopie były specjalnie nacinane tak, żeby łamały się z głośnym trzaskiem. Oprócz koloru ważny był również dźwięk! „Punkty” liczono za trafienia,  za zrzucenie przeciwnika z siodła, i oczywiście też za styl. Nagrodą zaś mogło być wszystko, od samego prestiżu zwycięzcy, przez odznaczenia (np. wieńce odpowiedniki dzisiejszych medali) przez nagrody pieniężne aż po nagrody rzeczowe. Plotka niesie, że Ulrich von Jungingen wygrał w jakimś turnieju dorodnego świniaka…

plac turniejowy 1515 rok

Dziś próbuje się rekonstruować walki zgodnie z regułami turniejów średniowiecznych, co oczywiście napotyka pewne przeszkody w postaci np. problemów ze zdobyciem odpowiednio wyszkolonych i hodowanych koni… W ciągu ostatnich kilkunastu lat powstały mimo to profesjonalne i półprofesjonalne zawody sportowe. Jednym z regularnych pokazów rycerskich sportów konnych w formie w pełni opracowanych zawodów, są turnieje organizowane w ramach tzw. „Bitwy narodów” – międzynarodowego „euro” rycerskiego, które w tym roku odbędzie się pod koniec kwietnia w Warszawie. Idę i na bank będzie relacja!!!

Oczywiście będą tam przede wszystkim walki piesze takie jak na powyższym obrazku (tzw. buhurt)

Wiedziałam, że w Kanadzie istnieją szkoły walk konnych. Wprawdzie jako sprzętu używa się tam tworzyw sztucznych ale nie wymagajmy za wiele…  Pamiętam jak parę lat temu zastanawiałam się ze znajomym rekonstruktorem, czemu właściwie nie ma transmisji telewizyjnej takich zawodów. Turnieje konne to sport idealny dla kamery, nadaje się chyba jeszcze lepiej niż rozpieszczane dzięki naszym sukcesom skoki narciarskie. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby widzieć ile napięcia można tu wyciągnąć ujęciami kamery, zbliżeniami i zdjęciami w zwolnionym tempie…

trzaskające lance to ważny element widowiska. W średniowieczu nacinano je wzdłuż - wtedy głośniej "strzelały"

No i doczekałam się!

Kanadyjska telewizja na kanale historycznym rusza z nowym serialem: „Full Metal Jousting”. Chyba po raz pierwszy w telewizji mamy możliwość oglądania profesjonalnych zawodów w walce na kopie. Rycerze w nieco unowocześnionych zbrojach, wyglądają trochę jak transformersi, ale możliwość sfilmowania walki w zbliżeniach i zwolnionym tempie jest przeżyciem niepowtarzalnym! W zawodach startuje 60 zawodników. Zobaczcie sami zwiastuny!

Żeby więcej zobaczyć i przeczytać 

28 mar 2012 Koniec świata.

Jest taka trasa pielgrzymek: Santiago de Compostella czyli Camino de Santiago. Prowadzi do przylądka Finisterre. Nazwa ta oznacza „koniec ziemi”. Dawniej, gdy nie znano na mapach Europy Ameryki, a nie pamiętano już o Wikingach, był to koniec trasy, na Zachód. Dalej był tylko ocean. Tu kończyła się Europa i kończył się znany świat…

 

Mapa Piri Reisa z 1521 r.

Dziś słowo „pielgrzym” kojarzy się z religią, ale dawniej oznaczało po prostu turystę. Pielgrzym niekoniecznie musiał pielgrzymować – zazwyczaj był na całkiem świeckiej wycieczce. Oczywiście najczęściej pielgrzymowano do miejsc świętych – bo te były najbardziej interesujące dla religijnych ludzi średniowiecza. Od zwykłej podróży pielgrzymka różniła się tym, czym wycieczka turystyczna od trasy. Pielgrzym – turysta podróżuje dla samej przyjemności podróżowania – liczy się to, co jest w trakcie. Będąc w trasie dążymy do celu i nie zwracamy uwagi na to co po drodze. Niby nic a różnica znaczna… Dla człowieka w trasie przeszkoda i opóźnienie są przeszkodą. Dla pielgrzyma/turysty: atrakcją. Idea życia jako pielgrzymki, mówiąc dzisiejszym językiem – wycieczki – to popularny motyw filozoficzny. I trzeba przyznać całkiem atrakcyjny.

Przylądek Finisterre, koniec świata. (fot National Geographic)

Jeden z dzisiejszych pielgrzymów przywołał taką anegdotę:

Przybywają tu pielgrzymi z całego świata. Był kiedyś Polak ze Szwajcarem. Wariaci. (…) Ponoć przybył tu kiedyś Kopernik. Nie wiem z jakiego kraju pochodził  Popatrzył i powiedział: „To nie jest koniec świata. Ziemia jest okrągła.”

Czy doktor Mikołaj był na przylądku Finisterre? Nie wiem. Ale jakoś zdaje mi się, że tak by właśnie zareagował. Sam zamieszkawszy we Fromborku pisał w liście, że mieszka na „końcu świata”. Tyle, że w stosunku do Santiago – niejako z drugiej strony…

A Kachna dziś na pielgrzymce w Edynburgu… I tylko szare wiewiórki pracują…

21 mar 2012 Dawna Warszawa.
 |  Kategorie: Blog  | Skomentuj

Wprawdzie blog z założenia ma być o średniowieczu, ale jak wiadomo i Warszawa (Warszewa właść.) i Piaseczno to baaardzo stare miejscowości… O zamku ksiecia Janusza I jeszcze napiszę, a na razie chcę Wam znowu polecić parę zdjeć.

Wpierw: parę fotek Karola Beyera – to znany dziewiętnastowieczny fotograf warszawski, który w swoim czasie robił zdjęcia nie tylko znanym i wybitnym Warszawiakom, fotografował też samo miasto. Od 6 marca jego zdjęcia można oglądać na Krakowskim Przedmieściu a kilka pojawiło się na stronie „gazety”.

Karol Beyer - kliknij żeby przejść do zdjeć

Jeśli interesuje Was Warszawa na baaardzo starych zdjęciach i ilustracjach, to zajrzyjcie na blog dawnej Warszawy. Naprawdę świetne artykuły, rysunki i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia.

….i jeszcze wiele innych oraz mnóstwo informacji!

20 mar 2012 O dawnym Elblągu blog.
 |  Kategorie: Blog  | Skomentuj

Dziś chcę zaprosić Was na niedawno otwarty blog, związany z wykopaliskami na terenie Starego Miasta w Elblągu. Elbląg, to jak wszyscy krzyżakomaniacy wiedzą siedziba wielkiego szpitalnika (Oberstspittler), która o mały włos nie została krzyżacką stolicą. Za to Stare Miasto elbląskie jest podobno jednym z najlepiej archeologicznie przebadanych (i opisanych) miejsc w (obecnej) Polsce, i źródłem mnóstwa wspaniałych artefaktów. Blog opowiada o nich właśnie, więc naprawdę warto tam zaglądać. Już kilka wpisów o instrumentach, woskowych tabliczkach – to perełeczki i do tego z bibliografią.

Bardzo polecam!

15 mar 2012 O wygłupie dyplomatycznym słów kilka.

Dotarła do mnie dziś książeczka z Towarzystwa Naukowego  w Toruniu. w której Zenon Hubert Nowak prezentuje nowo odnalezione, lub na nowo przeanalizowane w ostatnich latach źródła do historii Zakonu Krzyżackiego w Prusach. W książce znajduje się m.in. list wypowiedni Wielkiego Mistrza rozpoczynający Wielką Wojnę, z 6 siepnia 1409 roku, na nowo odkryty w odpisie, podczas niedawnej kwerendy w byłym Archiwum Królewieckim (obecnie w Getyndze). Jest też protokół z rokowań w 1414 r. w Grabiu pod Raciążkiem. Protokół ten zawiera fragment rozmowy pomiędzy Władysławem Jagiełłą i wielkim mistrzem Michałem Küchmeistrem. Razem wzięte dają nowy obraz rokowań polsko-krzyżackich sprzed Wielkiej Wojny.

Cofnę się teraz w moich notatkach o trzy lata wstecz. W sierpniu 2009 na zaprzyjaźnionym blogu „Zamkowe Lapidarium” ukazał się wpis, dotyczący relacji krzyżackiej z poselstwa w Malborku z 1 sierpnia 1409 r. Pozwolę sobie zacytować poniżej:

 ”Odbyło się ono albo w Wielkim Refektarzu albo na dziedzińcu Zamku Średniego. Według źródeł krzyżackich z drugiej połowy roku 1409 Ulryk liczył na ostateczną odpowiedź Jagiełły, czy ten będzie popierał działania Witolda na Żmudzi. Poselstwo polskie udzielało dość pokrętnych odpowiedzi, wyraźnie nie chcą zdradzić prawdziwych zamierzeń króla a może i sprowokować wielkiego mistrza. Niesamowicie brzmi relacja krzyżackiego zapisu spotkania, przedstawiającego niemal dosłownie dialog między stronami. Przytoczę tylko zasadniczą część w opisie wspomnianych wyżej autorów:

Ulryk von Jungingen zwrócił się z kolejnym pytaniem do arcybiskupa gnieźnieńskiego. Poprosił mianowicie o zapewnienie, że państwo zakonne pozostanie nienaruszone, gdy Krzyżacy ruszą ukarać Żmudzinów. Przy tej okazji przyrzekł, że akcja ta nie będzie skierowana przeciwko Witoldowi ani jego pomocnikom, jeżeli tylko ten zobowiąże się, że nie będzie bronić buntowników.
Na to arcybiskup powiedział przed zgromadzonymi, że nie może udzielić mistrzowi takiego zapewnienia [...].
Na te słowa Ulryk miał odezwać się do zgromadzonych, zwracając ich uwagę na to, że mogą teraz rozpoznać, że dotychczasowe szkody Zakon w rzeczywistości ponosi z ręki króla polskiego i jego podżegaczy, nie zaś kogo innego.
Zwrócił się jednak do arcybiskupa w jeszcze jednej sprawie. Z racji tego, że Krzyżacy dysponują na Żmudzi swoimi zamkami, zapytał, czy król zechciałby udzielić wielkiemu mistrzowi gwarancji bezpieczeństwa dla ich zaopatrzenia. Wówczas on mógłby powstrzymać się od wyprawy odwetowej.
W tej sprawie posłowie uchylili się od odpowiedzi, tłumacząc się brakiem instrukcji.
Wówczas Ulryk podkreślił, że w tej sytuacji Zakon jest postawiony w sytuacji bez wyjścia i w konsekwencji będzie musiał porzucić swoje zamki.”

Całość artykułu A. Szwedy i S. Jóźwiaka znajduje się w Rocznikach Historycznych nr 73, z 2007 roku (na końcu podaję jego streszczenie i link).*

Po lekturze relacji powyższej, odnoszę wrażenie, że dyskutując z polską dyplomacją można było dostać kota… Istotnie, wielki mistrz dość długo usiłował dojść ze stroną polską do porozumienia w kwestii, czy będą wspierać Litwinów czy też nie. Długo i wielokrotnie słał do króla polskiego listy i poselstwa w tej sprawie. Polscy dyplomaci jak widać, wykręcali się od odpowiedzi brakiem instrukcji, przedłużając tym samym możliwość podjęcia jakichkolwiek działań przez stronę krzyżacka.  Jak się okazało, decyzja strony polskiej zaważyła jako bezpośrednia przyczyna wywołania wojny.

Przełomem był sejm w Łęczycy 1 sierpnia 1409 roku, z którego poselstwo udało się do Malborka na spotkanie z wielkim mistrzem.  W delegacji brał udział m.in. z biskup Mikołaj Kurowski. Odbyła się wówczas słynna rozmowa, którą przytacza wiele kronik i polskich i pruskich. Najłatwiej zacytować będzie z Długosza:

Arcybiskup zaś Gnieźnieński Mikołaj Kurowski, jeden z posłów królewskich, oburzony tak zuchwałemi pogróżkami mistrza, nieprzezornie i wbrew zaleceniu króla i radców rzekł w końcu temi słowy: „Przestań straszyć nas mistrzu wojną Litewską: jeśli ty bowiem wybierzesz się na Litwę, bądź pewnym, że król nasz Prusy zbrojno nawiedzi. Nieprzyjaciół Litwy my za swoich uważamy wrogów; na ciebie więc zwrócimy oręż, jeżeli Litwę zaczepisz.

Mistrz na to odpowiedział, że dobrze rzecz się stała („Bene se rem habere”) i cieszy go fakt, że wreszcie zna plany królewskie. Skoro król polski zaatakować chce Państwo Zakonne w razie podjęcia walk na Żmudzi, lepiej będzie jeśli mistrz sam od razu zaatakuje Królestwo. Co też niebawem uczynił.

Cała ta sprawa była chyba z milion razy wałkowana przez historyków i kronikarzy, dosłownie przez stulecia. Jedni twierdzili, że wypowiedź Kurowskiego to sprytny podstęp króla Jagiełły mający na celu sprowokowanie wielkiego mistrza do ataku na Królestwo Polskie i w konsekwencji zniszczenie Zakonu Krzyżackiego.

(Druga część tego zdania jest absurdalna nie tylko z powodu tego jaką pozycję zajmował Zakon w Europie (równie dobrze dziś moglibyśmy spróbować zniszczyć Amerykę…), ale też dlatego, że skutków walk grunwaldzkich – jak się coraz bardziej okazuje w świetle najnowszych badań – nie spodziewał się nikt. O tym będę jeszcze pisać bo to ciekawa kwestia.)

Inni z kolei, za kroniką oliwską (o tym też napiszę) podkreślali porywczość i lekkomyślność wielkiego mistrza, tworząc tak zwany przez naszych współczesnych dziennikarzy „czarny PR” –  nawiasem mówiąc o Luterze z Brunszwiku i Konradzie Wallenrodzie pisano wcześniej podobnie. Podkreślano więc łatwowierność mistrza i nadzwyczajny spryt Jagiełły, który wyszkoliwszy Kurowskiego niczym Hansa Klossa, zmanipulował Ulryka do wywołania wojny Polsce… Co mnie dziwi to to, że zwolennikiem tej tezy był nawet Jasienica.

Tymczasem protokół z rokowań w 1414 roku wskazuje wyraźnie, że to nie mistrz ale Kurowski popełnił błąd. „Otóż Jagiełło oznajmił – pisze Zenon H. Nowak „że arcybiskup powiedziawszy te słowa przekroczył pełnomocnictwa królewskie”.
Oczywiście, na sam koniec całej tej wojennej i powojennej afery, dyplomacji polskiej udało się obrócić szybki atak krzyżacki na swoją korzyść. Podkreślano wielokrotnie, że wejście na teren Ziemi Dobrzyńskiej, przed dostarczeniem wypowiedzenia wojny, jest sprzeczne ze średniowiecznym prawem międzynarodowym. Rozważano problem wojny usprawiedliwionej i nieusprawiedliwionej, wreszcie wykorzystano sytuację polityczną do wysunięcia propozycji uznania – nominalnie na razie zachodnio-chrześcijańskiej, a w praktyce wciąż w większości pogańsko-prawosławnej – Litwy za pełnoprawny międzynarodowo kraj w Europie chrześcijańskiej.

Warto jednak pamiętać, że wspomniane wyżej sukcesy jagiellońskiej dyplomacji, nie tyczyły się spotkania w sierpniu 1409 roku. Król Jagiełło nie był jasnowidzem. Krzyżacy chcieli stłumić rozruchy na Żmudzi, a nie puszczać z dymem pół Europy. Kurowski nie był Hansem Klossem tylko się zwyczajnie wygłupił. A wielki mistrz był normalnym, sprawnie działającym politykiem, a nie naćpanym rosomakiem atakującym wszystko co się rusza, czy naiwnym i łatwym do zmanipulowania koncertowym idiotą.

Czego wszystkim przy analizie źródełek życzę. :)

Poniżej spis treści całej książki. Można ją jeszcze dostać w księgarni naukowej UMK.

————–
*-
Sławomir Jóźwiak, Adam Szweda
Przed “wielką wojną”. Polsko-krzyżacka rozgrywka dyplomatyczna w czerwcu-sierpniu 1409 roku

(streszczenie)
Problematyka polsko-litewsko-krzyżackiej wojny z lat 1409-1411, zwanej w historiografii “wielką”, od wielu dziesięcioleci niezmiennie przykuwa uwagę licznych badaczy. A jednak mimo istnienia ogromnej liczby opracowań odnoszących się do poszczególnych aspektów “wielkiej wojny”, szereg kwestii pozostaje nadal słabo naświetlonych. Do takich należy rozpatrywane tu zagadnienie intensywnych polsko-krzyżackich negocjacji dyplomatycznych w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch konfliktu. Dotąd było ono przez badaczy traktowane powierzchownie, z wyraźną preferencją przekazu zawartego w kronice Jana Długosza. Dopiero jednak z analizy wszystkich zachowanych na ten temat źródeł (korespondencja, różne redakcje tzw. “pamiętnika Zakonu” z 1409 r., polskie i litewskie skargi kolportowane na Zachodzie) wyłania się bardziej wiarygodny obraz prezentowanych wydarzeń, zwłaszcza jeśli chodzi o postawę i zamiary króla Władysława Jagiełły. Kluczowe znaczenie dla rozwoju sytuacji miało niewątpliwie powstanie na będącej od kilku lat pod panowaniem Zakonu Żmudzi, wywołane pod koniec maja 1409 r. Kierownictwo krzyżackie uzależniało swoje posunięcia w tej sprawie od rozstrzygnięcia dwóch zasadniczych kwestii, a mianowicie: jaki był udział Witolda w wydarzeniach na Żmudzi oraz czy będzie to izolowany konflikt wewnętrzny, czy też w całą sprawę zaangażuje się także strona polska. Nie wyjaśniły tego rozmowy z poselstwem polskim kierowanym przez Tomka z Węgleszyna i Mikołaj z Michałowa 9-10 czerwca 1409 r. w Elblągu. Przedstawiło ono Ulrykowi von Jungingenowi 19 spraw spornych o różnym ciężarze gatunkowym, których rozwiązania domagała się strona polska. Ich analiza prowadzi do wniosku, że Jagielle w rzeczywistości chodziło o nadanie dynamiki sporowi polsko-krzyżackiemu i że działo się to w korelacji z wydarzeniami na Żmudzi. Natychmiast po wyjeździe wysłanników Władysława Jagiełły z Elbląga strona krzyżacka zadecydowała o wysłaniu poselstwa do króla polskiego. Jednocześnie 15 VI 1409 r. Ulryk von Jungingen przekazał jego kierownikowi – komturowi toruńskiemu świeże informacje (wraz z dowodami) o aktywnym zaangażowaniu się Witolda w powstanie żmudzkie z prośbą, by nie stawiać tej sprawy na ostrzu noża, póki kierownictwo Zakonu nie uzyska pełnego rozeznania. Posłowie krzyżaccy przedstawili polskiemu monarsze skargi na gwałty czynione przez powstańców żmudzkich poddanym, duchownym i urzędnikom zakonnym oraz usilnie prosili, aby król nie udzielał pomocy buntownikom. Odjechali jednak z niczym, gdyż Władysław Jagiełło odroczył danie odpowiedzi w tej sprawie do 17 lipca, na który to dzień zwołano do Łęczycy walny zjazd. Zgodnie z zapowiedzią, z niego zostało do Malborka wysłane poselstwo polskie kierowane przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Kurowskiego (z udziałem wojewody kaliskiego Macieja z Wąsoszy i kasztelana nakielskiego Wincentego z Granowa). W stolicy państwa zakonnego znalazło się ono 1 VIII 1409 r. Wielki mistrz czekał jedynie na odpowiedź króla, czy będzie on popierał działania Witolda na Żmudzi, wysłannicy Jagiełły kontynuowali natomiast taktykę zwlekania, widoczną już przed zjazdem łęczyckim: nie udzielili Ulrykowi von Jungingen żadnej odpowiedzi na zasadnicze pytanie, które kierownictwo Zakonu skierowało do króla już w drugiej połowie czerwca 1409 r. i nie dali gwarancji na możliwość zaopatrzenia zamków krzyżackich na Żmudzi. Postępowanie takie spowodowało, że Ulryk von Jungingen stracił cierpliwość i utwierdzając się w przekonaniu o wrogiej postawie króla zdecydował się na podjęcie kroków wojennych przeciwko Polsce. Wydaje się, że metodyczne postępowanie Jagiełły w okresie od czerwca do sierpnia 1409 r., polegające na stopniowym zaostrzaniu stosunków politycznych z Zakonem, obliczone było nie tylko na efekt międzynarodowy, ale też na stworzenie właściwego obrazu biegu wypadków dla własnych poddanych (część królewskiej rady była przeciwna wojnie), którzy ewidentną winą wywołania wojny mieli obarczać stronę krzyżacką. Jeżeli taki był zamysł króla, to z powodzeniem udało mu się go zrealizować.”

13 mar 2012 Prezent imieninowy
 |  Kategorie: Inne  | Skomentuj

Akurat dzisiaj wypadają moje imieniny. To miły dzień, bo odbiera się życzenia, i ogólnie świat przynajmniej na trochę staje się bardziej życzliwym miejscem. :) Okazuje się też, że przypominają sobie o Tobie znajomi, z którymi od dawna nie ma czasu się spotkać. Właśnie przed chwilą odebrałam przesympatyczny telefon od znajomych z bractwa malborskiego, z którymi byłam w rocznicę Bitwy na Grunwaldzie w 2010!

I okazało się zadzwonili z fantastycznym prezentem –  a mianowicie z wiadomością, że istnieje coś takiego od czego szczęka spadła mi do samej podłogi. :)

Sami zobaczcie!

www.grodziec.com

To jest proszę ja Was w Polsce na  Śląsku, i stoi na… szczycie wulkanu. Wulkan ma prawie 400 metrów a zamek w obecnym kształcie wybudowano w 1470 roku. Nieco zniszczony, został w początku XX wieku odbudowany i powstało tam muzeum. I stoi do dzisiaj.

www.grodziec.com

Można tam zanocować:

www.grodziec.com

Nie no jasne noclegowe pomieszczenia są bardziej unowocześnione, z prysznicem itd. ale… Ja bym chyba wolała w tej komnacie!

I odbywają się też przeróżne imprezy. Kalendarz imprez na rok 2012 kopiuję ze strony poniżej:

www.grodziec.com

Tu jeszcze parę zdjęć. Panel z rycerzem niemal jak w Bierzgłowie. Wieże przepiękne. Sklepienia jak w czeskiej Pradze. :)

I co można?   MOŻNA!!!

www.grodziec.com

www.grodziec.com

www.grodziec.com

archiwalne zdjęcie z ok. 1905 - www.grodziec.com

13 mar 2012 PSRL
 |  Kategorie: Inne  | Tagi: , , ,  | Skomentuj

Wśród wielu źródeł do historii państwa zakonnego w Prusach są i oczywiście te dotyczące krajów ościennych.  Przeróżne historyczne perturbacje sprawiły, że większość z nich nie znajduje się tam, gdzie pierwotnie powinna być. Na przykład dokumenty archiwalne Wielkiego Księstwa Litewskiego i Królestwa Polskiego czasów renesansu znajdują się głównie w… Sztokholmie. Wiele pozostało też w Rosji, rozrzuconych po kilku miejscach – listę i opis zawartości archiwów rosyjskich można znaleźć na tej stronie. Tam też znajduje się duża ilość archiwaliów związanych z Rzeczpospolitą Obojga Narodów, zaś Wielkiego Księstwa tyczy się archiwum akt dawnych w Moskwie – w skrócie RGAD. Z kolei szukając np. inwentaryzacji zamku Malborskiego, natrafiłam na nią zupełnie niedspodziewanie w… Warszawie. Jak to się mówi – najciemniej pod latarnią…

Jednym z częściej wymienianych źródełek do historii Wielkiego Księstwa są latopisy. W ostatnim stuleciu, jeszcze w czasach carskich i radzieckich dużą część z nich ujęto w tak zwany PSRL, czyli Полное собрание русских летописей – Polnoe sobranie russkih letopisej – Pełny zbiór ruskich latopisów.

Część z nich znaleźć można we fragmentach w internecie. WieWiórki zaś na razie odsyłają Was do  spisu treści. Warto wszakże zwrócić uwagę na linki – część tekstów jest bowiem dostępna na stroje w formacjie DjVu (jeśli nie macie pakietu DjVu, możecie go ściągnąć tutaj jeszcze lepsze są wtyczki do przegladarki).

W tomie XXXV znajdują się litewskie i białoruskie latopisy, będące jednym z podstawowych źródełek do początków dziejów Wielkiego Księstwa. Są tam m.in. Pierwszy Kodeks, Średni Kodeks i Drugi Kodeks istniejący w XIX-wiecznym odpisie jako tzw. Latopis Bychowca. Ciekawostką związaną z tym ostatnim jest, że istnieją dwie szkoły  (…falenicka i otwocka…): część badaczy na podstawie filologicznej analizy tekstu kwestionuje jego autentyczność (gł. badacze zachodni), twierdząc iż jest to dokument powstały w wieku XIX. Z kolei badacze ruscy i litewscy są w dużej mierze zdania, że jest to wierny odpis ruskiego latopisa. Jak jest naprawdę – nie mam zielonego pojęcia.

10 mar 2012 Beda – ciekawy artykuł o średniowiecznej astronomii
 |  Kategorie: Inne  | Skomentuj

Jakiś czas temu pisałam co nieco o metodach obliczeniowych dotyczących kalendarza. Ostatnio na „medievalistach” pojawił się tekst (po angielsku) o badaniach Bedy Czcigodnego. Warto się zapoznać (kliknij w obrazek poniżej).

Byrhtferth’s ‘Diagram of the Physical and Physiological Fours’, Oxford, St John’s College manuscript, no. 17, folio 7 verso. This manuscript is a copy of Byrhtferth’s computus, written in Thorney around AD 1110–1111.